Wędkarskie wakacje z żoną. Czyli romantyczne szkiery we dwoje! Część pierwsza.

2019-09-03
Wędkarskie wakacje z żoną. Czyli romantyczne szkiery we dwoje! Część pierwsza.Na pomysł wpadła Magda. Jesienią roku poprzedniego dobitnie zakomunikowała, że już najwyższy czas by i ona zakosztowała w łowieniu szczupaków w szwedzkich wodach. Tu muszę napisać, że moja żona regularnie łowi na spinning i taki wyjazd miał być wyjazdem nie turystycznym a czysto wędkarskim. Zimą zatem zacząłem przygotowania i po wielu perturbacjach (o których lepiej nie wspominać) w połowie sierpnia wsiedliśmy na prom płynący przez Bałtyk.

Na promie jest trochę inaczej niż zwykle. Bardzo mało wędkarzy. Podczas jesiennych wypraw gdzie się nie spojrzy tam grupy ludzi dyskutują o szczupakach i okoniach. Taktyce łowienia, łowiskach i przynętach. Teraz zaś dosłownie pojedynczy miłośnicy spinningu ginęli w tłumie innych podróżnych. Nie ukrywam, że bardzo byłem zdziwiony, bo choć lato to nie jest najlepszy okres żerowania ryb na szkierach to mimo to i tak można „nałowić” się do syta.

Podróż przebiegła nam leniwie, planowo i bez przygód. Rano, zjechaliśmy z promu i… Zamiast pojechać w dalszą drogę stwierdziliśmy, że należało by rozpocząć wędkarską szwedzką przygodę jak najszybciej. Szybki rzut okiem na mapę, wybieramy miejsce, gdzie będzie szansa wrzucić przynętę do wody i po 15 minutach zaczynamy zbroić wędki.

Miejsce wygląda na dość głębokie, na pomoście obok wędkarze próbują łowić okonie więc i my wyciągami lekkie wędki, bierzemy jedno pudełko i ruszamy złowić swoją pierwszą szwedzką rybę w tym sezonie. Magda zaczyna wirującym ogonkiem, ja cykadą. Kilka pustych rzutów, zmiana miejsca, to samo. W końcu pod trzcinką na ostrym spadku łowimy kilka ryb w tym przyzwoitego trzydziestaka.

Pierwszy okoń wyprawy

Jest super. Pakujemy wędki do bagażnika i jedziemy dalej. Do przejechania mamy około 150km, nie musimy się spieszyć więc cieszymy się widokami, czystością przyrody i spokojem małych miejscowości, przez które przejeżdżamy. Po około dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Szybko wypakowujemy sprzęt z samochodu i ruszamy w kierunku pomostu, gdzie ma być zacumowana łódka. Znajdujemy. Łódka jest w dużej zatoce, wygląda solidnie. Kamień zatem spada z serca. Nie jest jednak idealnie. Zapowiadany wiatr 6-7 m/s z wieje idealnie od otwartej wody. Oznacza to, że nie mamy szans w ciągu najbliższych dni opuścić tego miejsca. Liczymy więc, że zatoka będzie obfitowała w ryby.

Przygotowujemy szybko łódkę i wypływamy. Pierwszy rekonesans. Uważne spoglądanie wkoło by nie wpłynąć na podwodne skały i czytanie echosondy. W końcu zaczynamy łowić. Najpierw w dryfie, by w ciekawszych miejscach zatrzymać się na dłużej. Wprawdzie pojawiają się pojedyncze szczupaki, ale ich wielkość jest zatrważająco mała. Na domiar złego poprzez nieuwagę uszkadzamy silnik. Trzeba zatem spłynąć do przystani. Szybkie oględziny i wygląda na to, że uszkodzenie dzięki częściom zamiennym uda się zlikwidować. Po godzinie mamy ponownie sprawną jednostkę napędową. Emocji jednak mamy dość jak na jeden dzień. Robimy, krótką przerwą i mimo deszczu (który w międzyczasie zaczął padać) zabieramy spodniobuty i idziemy sprawdzić kilka pobliskich zatok.

Nie poddajemy się

Miejsca wyglądają obiecująco, jednak poza kilkoma niemrawymi braniami nie mamy kontaktu z rybą. Robi się późno, deszcz leje, ryby nie biorą. Trzeba się zbierać, jutro wszak też jest dzień.

Wieczorem kolacja, analiza map, wybór taktyki na dzień następny i spać.

Ranek wita nas szumem drzew i fal. Wiatr nie cichnie, wręcz przeciwnie. Wzmaga się. Patrząc na prognozę pogody, powinniśmy jednak mieć trzy, cztero godzinne „okienko” pozwalające nam sprawdzić pobliskie wyspy poza zatoką.

Czekając na zmniejszenie się siły wiatru zaczynamy obławiać zatokę. W pobliżu dużych skał na większej głębokości Magda łowi pięknego okonia.

Pierwsza konkretna ryba wyjazdu
Niestety mimo usilnych prób kolejnych nie udaje nam się skusić. Szczupaki współpracują dużo lepiej niż pierwszego dnia, jednak o ich rozmiarze lepiej nie pisać. W końcu wiatr lekko zelżał i podejmujemy próbę dopłynięcia do wysp. Nie dysponujemy mocnym silnikiem, nie pływamy w ślizgu, natomiast łódź daje nam komfort, że przy rozsądnej prędkości nawet przy większej fali możemy się bezpiecznie przemieszczać.

Niestety. Obłowienie dwóch dużych wysp mimo wydawało by się idealnych głębokości, ukształtowaniu dna, i występującej roślinności nie daje żadnych efektów.

Pływanie po nieznanej wodzie wymaga szczególnej uwagi i ostrożności

Wracamy zatem do zatoki (zwłaszcza, że wiatr ponownie się wzmaga) i obławiamy ją robiąc długie dryfy wzdłuż brzegów. Pojawiają się pierwsze większe ryby, jednak cały czas czujemy, że to jednak „nie o taką Szwecję walczyliśmy”

Dzień kończymy z kilkoma szczupakami nie przekraczającymi 60cm wielkości i jednym 40cm okoniem. Generalnie zatem słabo. Nastroje jednak dopisują. Zwłaszcza Magda ratuje sytuację, dopytuje o specyfikę łowienia na szkierach, szukaniu ryb i motywuje do dalszej walki.

Decyzja zapada szybko. Rankiem dnia kolejnego, próbujemy „na wiosłach” przebić się przez wąski przesmyk i archipelag skałek, by dotrzeć do toru wodnego w sąsiadującej zatoce, sprawdzić kilka miejsc, a następnie korzystając ze zmiany kierunku wiatru przepłynąć do kolejnej, większej, w której liczymy, że coś dopadniemy konkretnego.

Wstajemy wcześniej. Wiatru właściwie, nie ma, jednak wiemy, że w ciągu dnia ma powrócić do wartości 6m/s. Plan realizujemy. Najpierw przesmyk, później głazy, kilka potencjalnych miejsc (niestety bez spektakularnych efektów). Płynąc na potencjalne rybne miejscówki mijamy głębszą (około 6m) wodę. Pojawiają się na echosondzie ciekawe (okoniowe?) zapisy. Rzucamy więc kotwicę i faktycznie… ryby są. Nie są to okazy, ale po dwóch dniach posuchy kilka pstryknięć i holi w krótkim czasie dają sporo frajdy. Mimo długo oczekiwanej zabawy, płyniemy dalej. Celem są szczupaki, duże szczupaki. Wiatr się wzmaga, pogoda robi się „szczupakowa” więc z optymizmem obławiamy kolejne miejsca. Wyglądają bajecznie. Mnóstwo wysepek, zatoczek między nimi, wszędzie „ciapie” się drobnica a brań jak nie było tak nie ma. Pogoda zaczyna robić się dynamiczna, wiatr już solidnie wieje a na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury.

Trzeba wracać do przystani

Bezpieczeństwo przede wszystkim. Czas wracać. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy okoniowych miejscówkach. Łowimy kilka ryb, ale kotwica już nie jest w stanie utrzymać nas w miejscu. Płyniemy dalej. W połowie drogi mamy kolejną dużą zatokę z długimi trzcinowiskami. Łowimy przy nich kilka szczupaków. Jednak rozmiarowo nie są to okazałe ryby. Wiemy, że gdzieś duże szczupaki muszą być w okolicy, jednak ze względu na warunki pogodowe, braknie nam prawdopodobnie czasu by je znaleźć. Trzeba szukać pomocy.

Kontakt ze znajomymi w Polsce, raport z dotychczasowych „sukcesów” i pytanie czy znają kogoś ko zna tę okolicę. Po wysłaniu wiadomości spoglądam w niebo. Nie jest dobrze. Dominuje granatowy kolor, a białe grzywki fal z nim kontrastujące nie wróżą nic dobrego. Czas kończyć na dziś. Kiedy dopływamy do przystani grzmi już solidnie i o deski pomostu zaczynają dudnić solidne krople deszczu.

Do kwatery docieramy solidnie mokrzy, ale w dobrych humorach. W tak zwanym międzyczasie dostajemy trzy „piny” na mapie, z miejscami, gdzie jesienią była spora ilość szczupaków. Wieczorem zaś ma zadzwonić osoba, która zna te tereny i pomóc w znalezieniu drogi by się tam dostać.

Osoba zadzwoniła my zaś w kolejnych dniach zmieniliśmy środek pływający, łowisko i … .

I w kolejnym wpisie przeczytasz jak było dalej :)

Marek
Pokaż więcej wpisów z Wrzesień 2019
Podziel się swoim komentarzem z innymi
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. Informacje o przechowywaniu danych zgodnie z RODO znajdziesz w naszej polityce prywatności
Zamknij
pixel